Jeszcze kilka miesięcy temu nosiłam w sobie ogromny ciężar, którego nie potrafiłam nazwać. Ciężar, który odbijał się na każdym aspekcie mojego życia.
W pracy widziałam fałsz i obłudę u innych.
W związku czułam przytłaczającą samotność.
W najbliższym otoczeniu — przymus oddawania siebie, by poczuć przynależność.
Zaczęłam uciekać. Od ludzi, zgiełku, tłumów.
Znalazłam swoją samotnię w lesie, w naturze — cudowne miejsce, które stało się dla mnie ukojeniem.
Tu zaczęłam oddychać wolnością.
Tu każdego dnia, po kawałeczku, oddawałam swój ciężar ziemi.
Tu poczułam, że wszechświat mnie słucha.
Odkryłam, że jestem iskrą, istotą światła powracającą do źródła.
W końcu zrozumiałam, że nie jestem sama.
Nigdy nie byłam.
A ciężar, który nosiłam, to byłam ja sama — niezrozumienie własnej natury, obwinianie innych, ocenianie, usprawiedliwianie swoich słabości.
I szukanie siebie wszędzie — tylko nie w sobie.
Kiedy oddałam swój ciężar Ziemi, pustka niemal natychmiast wypełniła się uczuciami, których wcześniej nie znałam:
Wiara w siebie.
Nadzieja — a wręcz pewność, że wszystko będzie dobrze.
Miłość do świata, w którym jestem i który mnie otacza.
Miłość i zrozumienie do wszystkiego, co mnie podnosiło i przewracało.
Zrozumiałam, że każde zdarzenie, każdy człowiek na mojej drodze ukształtował mnie na tu i teraz.
Że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Nie jestem już tą samą osobą.
Wróciłam do siebie.
Dziękuję wszystkim i wszystkiemu za to.
Dziękuję sobie samej.
Teraz idę żyć.

Dodaj komentarz