Mieszkając przy lesie

A group of wolves standing and sitting in a grassy forest clearing with tall evergreen trees in the background.

Kolejny dzień za nami, mówię do Lunki, kładąc się do łóżka tuż obok niej. A ona wszystko rozumi. Bez słów. Już czteroletnia kompanka każdej chwili mojego życia. Zgasiłam lampkę nocną i oddałam się w ręce Morfeusza. Lunka przewróciła się na bok, wtulając się we mnie.

O świcie pierwsze ćwiergoty wyciągnęły mnie ze snu, zapowiadając piękny i gorący dzień — dzień cudów. Wychodząc z łóżka, zerkam tylko na Lunkę. Ani myślała wstawać. „A śpij sobie jeszcze, kochanie” — pomyślałam i wyszłam do kuchni.

Tam wstawiłam wodę na kawę, a potem poszłam wypuścić kury na wolność. „O, patrz! Już Lunka szaleje w ogrodzie.” — „Dzień dobry, kochanie” — powiedziałam i wypuściłam niecierpliwe, rozkrzyczane ptaki.

Dobrze. Pierwsze poranne rytuały za mną. Chyba nie spałam wygodnie, bo przy porannym treningu pobolewał mnie dół pleców. „Coś słabo grzałaś” — mruknęłam tylko do Lunki, już wygodnie leżącej pod moimi nogami. Jeszcze tylko łyk kawy i biorę się do pracy…

Chwila! Zaraz za ogrodzeniem, przed samą ścieżką prowadzącą do lasu, zobaczyłam małą, brązową istotkę, nerwowo poruszającą się po ziemi. Wstałam, by lepiej zobaczyć. Toż to mała sarenka! Krzyknęłam w myślach i ruszyłam ku niej. Zaniepokojona Lunka podążyła za mną.

Sarenka trzęsła się ze strachu. Po chwili oględzin stwierdziłam, że jest cała i zdrowa. „Ale co ty tu robisz sama?” — pomyślałam, gdy w krzakach pod drzewami coś zaszeleściło. Lunka zjeżyła się, bacznie obserwując zarośla i nie odstępowała mnie na krok.

Mimo niepokoju zbliżyłam się i zobaczyłam uciekającą spłoszoną małą kunę. Mój wzrok spoczął na obstrzępionych zwłokach łani — prawdopodobnie matki tego jelonka. „Pewnie znów wilki” — pomyślałam i zabrałam małego do domu.

Oczywiście skontaktowałam się z pobliskim weterynarzem. Potem kupiłam wszystko, co niezbędne dla jelonka, w tym butlę z mega smoczkiem, i tak pojawił się nowy członek mojej skromnej zagrody. Lunce najwyraźniej podobała się ta nowa sytuacja i wzięła na siebie rolę mamusi. Szczególnie pilnowała higieny jelonka i wylizywała go dokładnie z każdej strony kilka razy dziennie.

Aktualny obrazek: Black dog and young spotted fawn touching noses on forest trail

Mnie pozostało karmienie. Kiedy oboje dokazywali, ja popylałam w ogródku: skosiłam trawnik przed domkiem i tak czas upływał do wieczora.

Postanowiłam podumać jeszcze trochę na werandzie, przy blasku pełni księżyca i tysiącach gwiazd na niebie. Jest tak jasno, że żadne sztuczne światło nie jest potrzebne. Przy moich nogach, niezmiennie, wierna Luna. A wtulona w nią sarenka cichutko pochrapuje.

Cieszy mnie ten widok — trzy różne gatunki żyjące w idealnej symbiozie, połączone sercem i współzależnością.

W kurniku ostatnie pobrzęki kwok oznajmiają nastanie nocy. Rankiem, jak zwykle, serenada ćwierków wyrywa mnie ze snu. Spoglądam na puste miejsce przy sobie w łóżku. „Co jest?” — myślę. Wychylam się za łóżko i widzę najpiękniejszy widok na świecie: rozłożona Luna na plecach posłużyła jelonkowi za posłanie. Oboje nie zwracają na mnie uwagi, pogrążeni w głębokim śnie.

Idę odprawić poranne rytuały, gdy z kurnika dobiega mnie zaniepokojenie. „To będzie kolejny ciekawy dzień” — myślę i kieruję się tam. Spojrzałam za ogrodzenie — i znów coś się dzieje.

„Aaa! Już wiem, co wywołuje tę nerwowość” — pomyślałam, zmieniając kierunek ku ogrodzeniu. Tuż za bramką czeka dziki, naprawdę dziki gość.

Aż dech mi zaparło na widok ogromnego, szarego wilka — pięknego i groźnego zarazem. Zdziwiło mnie, że w miarę mojego zbliżenia nie cofnie się ani o krok. Zamieram. „Przychodzisz po resztę kolacji?” — pytam.

Wilk przekręca głowę na boki, jak Luna, gdy próbuje mnie zrozumieć. Patrząc mi prosto w oczy, delikatnie przechodzi obok i siada przede mną bokiem. Odwracam wzrok na chwilę w stronę domu. Tam, pod werandą, Luna przysiadła i nerwowo łypie to na mnie, to na jelonka, który nie zdaje sobie sprawy z sytuacji i radośnie bryka po ogrodzie.

Zauważam, że wilk jest ranny. Lewy bok przy przedniej łapie pokryła szkarłatna plama. Bardzo powoli zbliżam się do niego i przykucam przy jego boku. Wilk patrzy mi prosto w oczy, jakby czuł, że mu pomogę. Delikatnie podejmuję jego lewą przednią łapę, by obejrzeć ranę. Wilk drży, szarpany bólem i emocjami. Zachowuję spokój i milczę.

Widziałam, że rana na pachwinie jest poszarpana. Pewnie przez drut kolczasty — może nierozważnie przedzierał się przez ogrodzenia sąsiadów. „Musisz iść za mną” — mówię i uchylam bramkę do ogrodu.

„Ty zostań, Luna, tylko przypilnuj jelonka” — proszę. Idę do altanki, gdzie trzymam narzędzia i karmę dla kur. Muszę je w końcu wypuścić. Kątem oka widzę, jak Luna zębami chwyta jelonka za kark i niesie go na leżę na werandzie.

Za mną ostrożnie, ale z zaufaniem podąża wilk, utykając na lewą łapę. W altance pokazuję mu kąt, gdzie może bezpiecznie usiąść. Jestem naprawdę zaskoczona potulnością wilka, ale jeszcze bardziej tym, że robi, co mówię — jakby mnie rozumiał.

Oczyszczam ranę i bandażuję nogę, gdy wilk nagle kładzie swój ogromny łeb na moim ramieniu. Zamieramy tak na chwilę, wsłuchując się w echo bicia naszych serc. W tym ułamku sekundy jesteśmy jednym — jednym sercem, jednym rytmem.

Po chwili wilk kładzie się na podłodze i po prostu zasypia. Cieszę się, widząc miarowy oddech, pełen zaufania. „Tu jesteś bezpieczny” — mówię w myślach i ostrożnie wycofuję się z altanki.

Przygotowuję mu wodę i michę surowego mięsa, po czym wracam do swoich zajęć. Kury, oburzone porą wypuszczenia na wybieg, głośno dają upust swoim emocjom. „Dobrze, dobrze, moje kochane, wybaczcie” — mówię, śmiejąc się z ich urażonego ego.

Luna z wyraźnym spokojem wybiera się ponownie, by wyczyścić jelonka. Pogoda jest przecudna — czyste niebo i promienie słońca oświetlają jabłka, czerwieniące się w gałęziach i na ziemi. „Pora na ocet” — myślę i biorę duży kosz na jabłka.

Kury najwyraźniej zapomniały o urazie i wesoło skubią dżdżownice, kłócąc się, która z nich znalazła tłustszą. Sarenka jakby gra w berka z Luną, biegając wokół drzew. Prześliczny obrazek.

Jabłka pozbierane, trawa skoszona. Idę do altanki, sprawdzić wilka. Wchodząc, zauważam pustą miskę po mięsie i prawie pustą po wodzie. Wilk chrapie głośno, zadowolony i bezpieczny.

„Oj, musiałeś się nieźle nacierpieć, biedaku” — mówię i wycofuję się do ogrodu. Zapada zmierzch. Kury wracają do kurnika, ale tym razem potulne i grzeczne jak nigdy dotąd. Luna i jelonek już po jedzeniu wyłożyły się, wyciągnięte, na werandzie.

Słyszę w altance ruch — „Aha! Wilk się obudził” — pomyślałam, wstając i kierując się w stronę altanki. Tam wilk siedzi i patrzy ciekawie w moją stronę.

„No cześć, kochany. Już ci lepiej?” — pytam. Wilk znowu kręci głową na boki, słuchając. „Czy mogę obejrzeć ranę?” — pytam, zbliżając się powoli. Nie wzdryga się ani nie rusza, co biorę za przyzwolenie.

Ponownie oczyszczam ranę i przykładam ziołowy specyfik przyspieszający gojenie. Bandażując łapę, wilk w podzięce liże mnie po czole i cicho pomrucza. Dolewam świeżej wody i życzę dobrej nocy, wychodzę do ogrodu.

Wilk zatacza kręgi, układając się do snu. Dzisiejszego wieczoru, wykończona emocjami, postanawiam wcześniej iść spać. Na łóżku widzę już dwa kłębki blisko mojego zagłębienia. Uśmiecham się na ten widok.

„Może będziemy potrzebować większego łoża” — mówię do siebie i kładę się przy nich. Chwilę później nie wiem już nic o tym świecie.

Rano budzi mnie nerwowe bieganie po sypialni. Coś każe wyjrzeć przez okno, a tam… chmara wilków pod ogrodzeniem przy bramce.

„O mój Boże” — myślę i wychodzę z sypialni. „Wy, na razie zostańcie tutaj” — mówię do Lunki, zamykam drzwi za sobą. Trochę się waham, wychodząc na werandę, ale czuję niewyjaśniony spokój. To od nich bije blask, który uświadamia mi, że nie mam się czego bać.

Aktualny obrazek: A group of wolves standing and sitting in a grassy forest clearing with tall evergreen trees in the background.

Siedzą spokojnie w półkole, obserwując mnie.

Kieruję się do altanki — tam już czeka na mnie wilk. Siedzi i powolutku unosi chorą łapę w moją stronę. Podchodzę, kucam i ściągam bandaże, oglądając ranę. Wygląda dobrze. Obmywam, przykładam zioła i ponownie bandażuję.

Idziemy razem w stronę bramki. Z radością zauważam, że wilk już nie kuleje. „Tylko wróć ściągnąć bandaże” — mówię i otwieram furtkę.

I nie wierzę własnym oczom. Wilk kiwa głową, jakby wszystko rozumiał, i wychodzi do swojej sfory.

Każdy wolno odwraca się od lewej do prawej i znika w leśnej przestrzeni. Na koniec nasze spojrzenia się spotykają, i trwamy tak chwilę.

Uśmiecham się, a on odwraca się do reszty i znika za drzewami.

Stoję jeszcze chwilę, aż z zadumy wyrywa mnie znajomy dźwięk oburzonych kur z kurnika. „Już idę do was, kochane” — mówię bardziej do siebie.

Tak wzruszyłam się tym niezwykłym spotkaniem, że ocieram łzy.

Dobrze, kochani, odwracam się i wracam do codzienności z otwartym sercem i gotowością na nowe. Bo przecież nie wiadomo, co przyniesie dzisiaj ten piękny, upalny dzień…

Dodaj komentarz