Obudziłam się dziś godzinę przed budzikiem. Ale słońce było już wcześniej. Wsłuchuję się jeszcze w dźwięczne serenady ptaków, napawam zapachem kwitnącego bzu. W głowie plątają się strzępki snu, które powoli ustępują miejsca budzącym się myślom.
To jest dzień pożegnania. Lunka, jakby wyczuwając co się święci, niespokojnie kręci się po sypialni, obwąchując jeszcze puste walizki i plecaki.
Wychodzimy do ogrodu. Spoglądam na kwiaty, drzewa, pusty już kurnik. Ogarnia mnie nostalgia. Ostatni raz patrzę na to wszystko. Spoglądam na Lunkę, która zdaje się czuć to samo.
Za ogrodzeniem las woła nas, mieniąc się rosą w blasku porannych promieni. Trochę mi smutno opuszczać to miejsce — ten dom, ten ogród, ten las. Przez kilka dobrych lat był moją ostoją. Tu przeżyłam tak wiele pięknych chwil, tak wiele doświadczeń.
Już z kawą w kubku termicznym otwieram furtkę — idziemy do lasu. Ten ostatni raz. Idziemy pożegnać się z Panem Kempką, który wciąż trwa na pniaku, niezmienny. To w suche, upalne dni, gdy kropiłam go wodą dla ochłody. To zimą, gdy pod kołderką śniegu sprawdzałam, czy wszystko w porządku.
Lunka też się z nim żegna, trącając delikatnie noskiem. Żegnam się z drzewami, każdym z osobna — czasem tuląc się do nich, czasem muskając dłonią.
Siadam na miękkiej trawie-mchu pod drzewem. Luna z radością zatacza koła. Wspólnie wsłuchujemy się w śpiew ptaków, przywołując wspomnienia:
sarenek, które spłoszone prawie wpadły na mnie, uciekając przed wiatrem; maleńkiej wiewiórki, która ukradła orzeszek i uciekła na drzewo; pełnych koszy grzybów, którymi obdarzał mnie las co roku.
Cudowne miejsce. Ileż razy płakałam tu ze szczęścia. Ile razy wsłuchiwałam się w wiatr.
Dopijam kawę. Przyznaję, to najlepsze miejsce na to. Tu smakuje najlepiej.
Wstaję, a od tyłu, bez ostrzeżenia, dostaję pożądanym kijem po nogach.
— No dziękuję, kochanie — śmieję się do Lunki — chyba trochę za duży.
Luna próbuje przeciągnąć gałąź trzymetrowej długości, obijając nią mnie i drzewa.
Zbliżamy się do mojego ukochanego drzewa — olbrzymiego buku w środku lasu, rozpościerającego gałęzie aż do nieba. Tulę się do niego. Czuję, jak spływają mi łzy. To mój stary przyjaciel — powiernik smutków i radości.
Jest tak szeroki, że nie mogę objąć go rękami. Opieram się o niego, przytulam czoło i szlochając żegnam się z nim.
W poskrzypywaniach starego drewna słyszę krzepiące słowa:
Nie smuć się. Nie lękaj. Moje korzenie są tak potężne, że gdziekolwiek się zatrzymasz, choćby na końcu świata, będę tam. W innych drzewach, kwiatach, trawie, krzewach. W twoich wspomnieniach. Zawsze będę.
Jeszcze chwilę trwam w objęciach, aż ostatnia łza wsiąka w korę. Czuję, jak ciężar smutku i lęku przed nowym odchodzi do ziemi, w zapomnienie. Miejsce to zajmuje lekkość i spokój.

— Dziękuję ci, mój cudny Buku.
Dalej idę na skarpę, gdzie jeszcze ostatni raz spojrzę na dolinę, ostatni raz pomacham do mocarnych jastrzębi. Gdzie ostatni raz krzyknę na całe gardło —
Hey, dolino!
by usłyszeć echo powtarzające zniekształcone lino… lino… lino…
Zniknął smutek i żal. Zniknęła nostalgia. Z wysoko uniesioną głową, odwagą i nową radością.
Jestem gotowa.
Ruszamy w nowe.
Przytulam Lunkę i ostatni raz rozkoszujemy się pięknem otaczającego nas świata…
