Tak wielki głaz obciążył me serce. Ten wielki głaz przysłonił mi świat. Łzy miały oczyścić lecz trzymają w udręce, mnie jak wiednący kwiat.
Gdzie jesteś mój Boże?
Rankiem już serce coś przeczuwało, jaka lawina przysypie mnie. Od tego ciężaru boli mnie ciało. O rany boskie, co dzieje się? Pociągnie mnie na dno już pokonaną czy może ktoś uratuje mnie?
Gdzie jesteś mój Boże?
Wsłuchuję się w tętno serca słabnące. Wyczuwam pustkę krzyczącą doń. Tracę już siły i chęci do życia. Zapadam się w mrok.
Gdzie jesteś mój Boże?
Czuję zapach sosen nade mną. Ptaki wciąż radosne są. Mimo to odchłań pochłania wciąż więcej mnie i roztacza swą czerń. Smutek zaciska swą moc na gardle i zabiera dech. Ja w myślach wołam do nieba w agonii. Zbliża się śmierć.
Gdzie jesteś mój Boże?
Już tracę przytomność od braku powietrza. Już ledwo słychać sercowy puls. Znika strach, światło miga z daleka. Choć tak odległe wciąż miga, jest. Nie wiem jak długo mogłam tak leżeć. Straciłam wzrok, powonienie, słuch. Już pogodziłam się z tym że odchodzę gdy nagle pojawił się Bóg. W tej letniej rosie na liściach, na trawie. W tym blasku drzew. Przykucnął tylko cichutko przy mnie- Już Jestem. I wchłonął w siebie mój ból i gniew. Otwieram oczy, spuchnięte od płaczu i znów widzę dookoła cud. Jakim jest choćby tylko wspomnieniem, jak przyszedł i uratował mnie Bóg.
Teraz, gdy tylko coś zacznie mnie trapić, czy tylko poczuję strach. Zapytam tylko- Gdzie jesteś mój Panie? A w sercu już czuję- Tu jestem córeczko bo kocham cię mocno tak.

Dodaj komentarz